Reklama

Jestem mamą. Mam depresję. Rozmowa z Agatą Komorowską, blogerką autorką książki Depresjologia

Jesteśmy wychowane w przekonaniu, że dzieci są najważniejsze. Ktoś jednak zapomniał dodać, że my też jesteśmy ważne, o ile nie ważniejsze. Bez nas wszystko inne się sypie.

Reklama
Reklama

Każda z nas ma czasem doła. To nawet potrzebne. Ale co zrobić, kiedy ten dół nie mija? A co gorsza, nie widać jego dna? A obok dzieci i trzeba się szybko ogarnąć. Sobie samej najciężej jest pomóc…

Dokładnie tak. Jesteśmy wychowane w przekonaniu, że dzieci są najważniejsze. Ktoś jednak zapomniał dodać, że my też jesteśmy ważne, o ile nie ważniejsze. Bez nas wszystko inne się sypie. W związku z tym zaciskamy zęby, zakładamy uśmiech i brniemy dalej robiąc dobrą minę do złej gry. Żyjemy w przekonaniu, że MUSIMY dać radę, bo jak nie, to będzie wstyd i „co inni pomyślą„.
Poświęcanie się dla dobra dzieci jest wpisane w naszą kulturę i religię. Jeśli myślisz o sobie, jesteś automatycznie złą matką. Robimy więc wszystko, by nasze dzieci były szczęśliwe nawet kosztem naszego zdrowia. Nie zdajemy sobie jednak sprawy, że nieszczęśliwa mama nie jest w stanie wychować szczęśliwego dziecka. Uśmiechamy się i udajemy zadowolone nawet kiedy jest nam coraz trudniej rano wstać, jesteśmy coraz bardziej zmęczone, coraz mniej mamy siły i całe to macierzyństwo, a potem i całe życie przestaje nas cieszyć. Wiele poradników, a nawet psychologów i terapeutów nadal hołduje wzorcowi matki herosa, a to właśnie matki heroski często po cichu cierpią na depresję. Byłam niedawno na wykładzie, podczas którego bardzo znana pani psycholog przekonywała, że zawsze należy się przy dziecku uśmiechać, nie należy pokazywać negatywnych emocji, bo dziecko może winić za to siebie i zawsze trzeba rzucić to co się robi, by odpowiedzieć na każdą potrzebę dziecka, by ono czuło się najważniejsze. Mój wykład był zaraz potem. Był dokładnym zaprzeczeniem tego co zacna terapeutka głosiła. Liczne przypadki depresji z którymi zmaga się obecne nasze pokolenie jest właśnie efektem wychowania przez nasze matki heroski, które jednocześnie stały w kolejkach i gotowały trzydaniowe obiady. Które nie miały samochodu, ale potrafiły zjeździć całe miasto w poszukiwaniu pomarańczy dla dzieci. One zawsze dawały sobie radę, chociaż miały gorzej niż my. Zawsze były uśmiechnięte i gotowe odpowiadać na nasze potrzeby. Tylko, że to były inne czasy. Większość nie pracowała, teraz pracujemy prawie wszystkie, a jeśli nie pracujemy, to mamy z tego powodu wyrzuty sumienia. Nasze matki miały zwykle oparcie w swoich matkach, a nawet w teściowych. Okoliczności ich macierzyństwa były zupełnie inne, inne też były możliwości i oczekiwania wobec kobiet i matek.

Dzisiaj nasze matki bardzo często nie mogą być przy nas, pomagać przy naszych dzieciach w takim stopniu jak ich matki pomagały im.

Jednak my nadal staramy się im dorównać, być tak samo dzielne i zawsze uśmiechnięte jak one. Nie zauważamy, że żyjemy w innych czasach. Nie stoimy w kolejkach po pomarańcze, ale stoimy w korkach do i z pracy. Pracujemy niejednokrotnie do późnej nocy. Brakuje nam bliskich, którzy mają czas by nam pomóc. Jesteśmy w naszym macierzyństwie same. W macierzyństwie, tak jak we wszystkim innym konieczna jest szczerość i autentyczność. Nie ma nic złego w powiedzeniu dziecku: mama jest dzisiaj bardzo zmęczona, bo miała ciężki dzień w pracy. Proszę zajmij się teraz układanką, czy książeczką, mama odpocznie i wtedy będzie mogła się z Tobą pobawić. To uczy szacunku do drugiego człowieka. Jeśli my szanujemy siebie same, to i nasze dzieci będą nas szanowały. Paradoksalnie właśnie te najbardziej poświęcające się matki niejednokrotnie otrzymują w zamian pogardę i brak szacunku od własnych dzieci.

W macierzyństwie obowiązuje pierwsza zasada ratownictwa  „Najpierw muszę zadbać o zdrowie i bezpieczeństwo własne, dopiero potem innych, w tym właśnie dzieci”.

Depresja ma doskonałe warunki do rozwoju, gdy jesteśmy przemęczone, niewyspane, źle się odżywiamy i zapominamy o własnych potrzebach i – o zgrozo! – o przyjemnościach. Wydaje nam się, że będąc tak bardzo przemęczone i nieszczęśliwe jesteśmy w stanie wychować zdrowe psychicznie i szczęśliwe dzieci, zakładając na twarz wesołą maskę. To hipokryzja, życie w zakłamaniu, oszukiwanie dziecka. Dziecko czuje, że coś jest nie tak, a my negujemy jego przeczucia próbując udowodnić coś innego. Ile sprzecznych sygnałów, jakie to trudne do zrozumienia dla dziecka. Dziecko idzie spać i nie widzi, że kiedy mama zamyka drzwi od jego sypialni maska opada, leją się łzy, pojawia się kieliszek wina, a wieczorne obowiązki zajmują coraz dłużej co drastycznie zmniejsza ilość snu. Rano mama budzi się jeszcze bardziej zmęczona. Takie błędne koło trwa kilka, kilkanaście, a przy większej ilości dzieci, kilkadziesiąt lat. Nic dziwnego, że w pewnym momencie nasze ciało się poddaje, dusza umiera, a serce przestaje czuć. Dlatego zawsze należy zacząć od siebie. I to jest dla kobiet najtrudniejsze. Bo od pokoleń jesteśmy przyzwyczajone do stawiania siebie na samym końcu. Najpierw dzieci, mąż, rodzice, nawet teściowa i znajomi. Na szarym końcu ja sama, czyli na siebie nie ma już czasu ani siły. Zacznij od siebie. Naucz się mówić JA CHCĘ. Wiem, to takie niegrzeczne. Bądź więc niegrzeczna i powiedz:

„Drogie dzieci JA CHCĘ SIĘ WYSPAĆ, CHCĘ ODPOCZĄĆ, CHCĘ WYPIĆ KAWĘ GORĄCĄ A NIE ZIMNĄ. Poczekaj kochanie aż skończę i wtedy pójdziemy się pobawić. Pomóż mi skarbie posprzątać po kolacji. Jeśli mi pomożesz, będę miała siłę i czas poczytać Ci przed snem”.

Możesz być pewna, że twoje dzieci będą powielały twoje wzorce. Jeśli więc chcesz wychować szczęśliwe dzieci, ty sama musisz być szczęśliwa. One muszą wiedzieć, że każdy ma prawo do złego samopoczucia, łez i słabości tak samo jak do radości, śmiechu i szczęścia. Człowiek prawdziwy, taki który reaguje na własne emocje, który nie wstydzi się swoich uczuć, który żyje szczerze i zgodnie z własnymi potrzebami nie ma szans na depresję. Dlatego zacznij od siebie, od własnych potrzeb i pragnień. Najpierw musisz uratować siebie. Zrób to maleńkimi kroczkami. Metodą ewolucji zamiast rewolucji.

Współczesne macierzyństwo kojarzy się albo z idealną „instamamą” albo z kurą domową. A przecież większość z nas to przeciętne kobiety – pracujące, mające swoje pasje. Dlaczego stając się mamą automatycznie boimy się, że my i nasze dzieci będziemy oceniane i szufladkowane. Skąd taka presja? Dlaczego dotyczy macierzyństwa?

Macierzyństwo jest najważniejszą rolą większości kobiet. Tak już jest. Jesteśmy oceniane przez pryzmat naszych dzieci. Jeśli dziecko jest grzeczne, to znaczy, że dobrze je wychowałyśmy, jeśli jednak źle się zachowuje w przedszkolu, szkole, czy na podwórku, to cała wina jest przypisywana naszej nieudolności. Kiedy dziecko ma problemy w szkole, słyszę od nauczycieli: „Proszę z tym coś zrobić”. Cała odpowiedzialność spada na mnie. Setki poradników i portali parentingowych prześcigają się w radzeniu nam jak być „dobrą mamą” i ocenianiu nas w takich właśnie kategoriach „zła/dobra” matka. Niejednokrotnie czytam autorytatywne wypowiedzi młodych matek, które dopiero kiełkują w swojej roli, jak to wystarczy odpowiednio dziecko od samego początku wychowywać, a wtedy z całą pewnością wyrośnie na grzecznego, zdrowego, mądrego i dobrze ułożonego młodego człowieka. Już samo to „odpowiednio” różni się drastycznie w zależności od artykułu, książki, czy doświadczeń autorki wypowiedzi. Jesteśmy bombardowane sprzecznymi radami, sposobami na radzenie sobie z dziecięcymi problemami. Każdy z nich jest nam przedstawiany jako jedyny prawdziwy. Tymczasem każde dziecko jest inne. Każdy z nas jest wypadkową wielu czynników: genów, charakteru, doświadczeń, otoczenia, reakcji innych na nasze zachowania, wiedzy i emocji, których doświadczamy.

Przy pierwszym dziecku też mi się wydawało, że wszystko wiem, bo się naczytałam. Przy czwartym wiem, że nic nie wiem dlatego na każde zachowanie każdego z moich dzieci, na każdą ich potrzebę reaguję indywidualnie.

Każdemu poświęcam wiele uwagi, z uważnością obserwuję. Każde jest inne, a ja sama przy każdym z nich byłam inną kobietą. Przy najstarszym byłam młoda i zarozumiała, wiecznie zabiegana. Przy Krystianie, który urodził się z zespołem Downa cała ta moja wiara we własne możliwości legła w gruzach. Przy Adzie, którą adoptowałam jako niemowlę byłam potwornie zmęczona i nieprzygotowana na to, że będzie tak diametralnie inna od swoich braci. Na szczęście wtedy zaczęłam już coraz bardziej ufać moje intuicji. I zamiast robić wszystko zgodnie z jakimś „programem” reagowałam na jej indywidualne potrzeby. Nie uchroniło mnie to jednak przed załamaniem i depresją. Byłam przemęczona, rozczarowana i zagubiona. Zgubiłam siebie starając się robić wszystko dla moich dzieci.

Kiedy całymi dniami jesteśmy same, bo np. partner pracuje daleko lub wraca tylko na noc, wszystko wydaje się trudne do kwadratu. Co wtedy, kiedy nie mamy wsparcia w najbliższej osobie?

To bardzo smutne. Wiem jak ciężko jest rozmawiać z takim partnerem. Czasami się nie da. Czasami on kompletnie nie rozumie co partnerka do niego mówi, bo nie doświadczył żadnego elementu jej życia jako matki. Nie ma pojęcia co to są kolki, nie wie jak przemęczona i nieprzytomna kobieta jest kiedy dziecko choruje. Nie doświadcza jej emocji, lęków i pragnień. Ocenia ją z własnej perspektywy. Czasem irytują go prośby o większe wsparcie. Dlatego nie możemy się na to biernie zgadzać. Trzeba angażować partnera od pierwszych dni życia dziecka. Często chronimy naszych partnerów przed własnymi dziećmi jednocześnie utwierdzając ich w przekonaniu, że „on sobie nie poradzi”. Bo nie zapnie pieluszki tak pięknie jak my, bo nakarmi malucha 10 minut po czasie, bo nie będzie wiedział co z nim zrobić. Tymczasem od samego początku trzeba wciągać tatę w bycie tatą.

„Kochanie jestem nieprzytomna, czy możesz wyjść z małym na 20 minut na spacer, a ja się zdrzemnę?” „Skarbie, postanowiłam chodzić na siłownię 2 x w tygodniu. Nakarmię go, a ty go położysz spać.”

I nie słuchać protestów, tylko robić swoje. Nawet nie zauważysz kiedy tata nauczy się przewijać, karmić i zabawiać malucha równie dobrze jak ty. Teraz coraz częściej widzę wieczorami tatusiów na placach zabaw. Mamusie robią kolację, a tatusiowie spotykają się przy piaskownicy, w której bawią się ich dzieci. Piękny widok 🙂
Kiedy jednak dziecko ma już kilka lat, a tata do tej pory nie był aktywną częścią jego życia, to zaangażowanie go może być nie lada wyzwaniem. Czasem wystarczy wspólna wizyta u przedszkolnego psychologa, a czasem konieczna jest terapia rodzinna. W skrajnych przypadkach musisz przestać czekać na swojego partnera i zacząć żyć tak jak by go nie było. Wychodzić z dzieckiem bez niego. Planować wakacje z dzieckiem bez niego. To może być terapia szokowa, która zadziała. Do tej pory siedziałaś w domu i czekałaś na niego ze swoimi planami, bo chciałaś żeby to były wasze wspólne plany. Nie chodziłaś z dziećmi do zoo, ani do kina. Nie jeździłaś w góry ani nad morze. Zacznij to robić bez niego. Albo się zreflektuje, że sam się wyklucza z waszego życia, albo będzie to początkiem twojego usamodzielniania się, które może zakończyć się odejściam. Wierzę jednak, że jeśli od samego początku tata dziecka jest angażowany w opiekę nad nim, to wszystko będzie dobrze:)

Może to zabrzmi banalnie, ale jak mamy zacząć cieszyć się tym, co mamy? To bardzo, bardzo trudne.

Tu nie chodzi o to, by cieszyć się np złym związkiem. Chodzi o to, żeby nauczyć się zauważać drobiazgi, którymi możemy się cieszyć nawet jeśli cała nasza sytuacja jest bardzo trudna. Zrób sobie wieczorem listę 3 rzeczy, za które jesteś tego dnia wdzięczna. Nie musi to być diamentowa kolia. Nawet nie powinna. To małe rzeczy, np: Mój mały synek po raz pierwszy się uśmiechnął. Jestem za to wdzięczna. Jestem wdzięczna za kota, który mruczał wtulony we mnie kiedy składałam upraną bieliznę. Za słońce, które grzało mnie dzisiaj na spacerze. Chodzi o zauważanie małych rzeczy, za które możemy być wdzięczne. Skupianie na nich swojej uwagi.

Mamy tendencje do skupiania uwagi na tym co złe, co nas męczy i boli. Mówimy o tym koleżankom, myślimy o tym non stop. A kiedy jesteśmy zmęczone i smutne, ten smutek rozprzestrzenia się jak zaraza na wszystkie aspekty życia.

Nie trzeba dużo czasu, by całe życie zaczęło wydawać się beznadziejne. Tymczasem jeśli świadomie zaczniesz skupiać uwagę na tym co miłe, na tym co dobre, na tym za co możesz być wdzięczna, to uczucia towarzyszące tym wydarzeniom zaczną pojawiać się coraz częściej, zaczniesz zauważać coraz więcej pozytywnych rzeczy wokół siebie, zaczniesz być bardziej pozytywnie nastawiona do życia i do siebie samej. Z takim nastawieniem o wiele łatwiej przyciągnąć to co dla Ciebie dobre i zmienić to co złe.

W naszym życiu rośnie to, na czym skupiamy uwagę.

Staraj się więc skupiać ją na pozytywach, nawet jeśli z początku zauważysz może tylko jeden, albo dwa. Z czasem będzie ich dużo więcej. Zobaczysz:)

Kiedy zdamy sobie sprawę, że jest z nami źle (ta świadomość to chyba też dobry znak) i pojawi się w nas chęć zmian, od czego zacząć? Najlepszy pierwszy krok, żeby nie wrócić do punktu wyjścia?

Od siebie. I należy zrobić to maleńkimi kroczkami. Często dochodzimy do wniosku, że nasze życie wymaga jakiejś rewolucji. Postanawiamy więc wstawać godzinę wcześniej, by zacząć biegać, planujemy gotować 3 pełnowartościowe posiłki dziennie i rzucić pracę, która nas wkurza. Efekt jest taki, że po pierwsze zmiany te napawają nas tak wielkim przerażenie, że codziennie znajdujemy tysiąc pretekstów, by zacząć od jutra. A jeśli nawet uda się sprostać tak wysoko postawionej poprzeczce raz czy dwa, to po paru razach nie dajemy rady wstać o 5 rano, a produkty zakupione na tydzień zaplanowanych wcześniej posiłków gniją w lodówce. Nasze poczucie własnej wartości i sprawczości spada siedem pięter w dół. Nasze plany okazały się katastrofą, a my same czujemy się jedną wielką porażką. Dlatego zamiast zmieniać wszystko na zewnątrz, zacznij od zwrócenia uwagi na siebie.

Spytaj siebie samej czego pragniesz, co rano zadaj sobie pytanie: Kochanie, co dzisiaj mogę dla Ciebie zrobić? A potem to zrób.

I niech to będą malutkie rzeczy, takie, które jesteś w stanie wkomponować w swój przeładowany grafik. Od dawna chciałaś spotkać się z koleżanką na kawę? Zadzwoń do niej, umów się i nie odwołuj w ostatniej chwili, bo masz kupę prania. Wypij herbatę siedząc na świeżym powietrzu. To zajmie ci 10-15 minut. Nie dasz rady? OK. To czytaj książkę, którą chciałaś od dawna przeczytać po jednej lub dwie strony dziennie. Zobaczysz jak twój grafik zacznie się magicznie rozciągać i przekształcać. Nagle okaże się, że poranna rutyna może być przemodelowana tak, że zdążysz zrobić 5 minut medytacji. 5 minut to za dużo? Zrób 1 minutę. A gdy będziesz czuła się komfortowo z 1 minutą, dodaj jeszcze jedną.

Macierzyństwo to ogromna zmiana w naszych życiu – obciążenie psychiczne, wyczerpanie fizyczne… często listy od mam brzmią w jeden podobny sposób: „nie radzę sobie sama ze sobą, nie radzę sobie ze wszystkim dookoła, wszystko mnie denerwuje, przerasta, nie potrafię myśleć w pozytywny sposób. Każdy mój dzień wydaje mi się taki sam, JA-DZIECI-SPRZĄTANIE-ZAKUPY-GOTOWANIE – brzmi zwyczajnie gdyby nie fakt, że załamuję się wykonując te podstawowe czynności…” Co w takiej sytuacji, kiedy nie mamy nawet małego światełka nadziei?

Znowu powtórzę to samo. Skup się na sobie i rób wszystko maleńkimi kroczkami. Staramy się być supermatkami, superżonami i superpracownikami. Bycie zwykłą matką już nikomu nie wystarcza.

Ścigamy się z innymi matkami w ilości zajęć dodatkowych na które chodzą dzieci, w rodzaju produktów, które przynosimy na klasowe wigilie (musi być samodzielnie upieczone, najlepiej razem z pociechą).

Prześladują nas demony perfekcjonizmu atakujące z kolorowych gazet (Gwiazda X wróciła do pracy już 2 miesiące po narodzinach dziecka i wygląda jak modelka, a ja mam nadal 10 kg nadwagi i ledwo wyrabiam się pomiędzy karmieniami, żeby uczesać włosy.) Oglądasz samodzielnie upieczone ciasteczka na FB koleżanki, spacerującą rodzinkę sąsiadki, a siostra właśnie wróciła z córką z teatru. Zastanawiasz się jak one to robią, bo ty zwyczajnie się nie wyrabiasz. Masz poczucie ogromnej porażki osobistej. One umieją, a ty nie. Otóż moja droga, powiem ci jaka jest prawda. Te ciasteczka to był jeden jedyny raz, więc musiały się znaleźć na FB. W pozostałe dni twoja koleżanka czuje się dokładnie tak jak ty kiedy ogląda twoje zdjęcia z zoo, w którym byłaś pierwszy i jedyny raz jak do tej pory. Zdjęcia ze spaceru, to i ty możesz wrzucać, będą wyglądały tak samo. A jeśli chodzi o teatr… kup bilety dwa miesiące wcześniej, to i ty pójdziesz. Będziesz to miała zaplanowane jak wizytę lekarską, więc pójdziesz:)
Jeśli się nie wyrabiasz, odpuść. Rób tylko to, co jest absolutnie niezbędne. Nie musisz codziennie wycierać kurzy, twoje mieszkanie nie musi wyglądać jak muzeum. Zamiast gotować, od czasu do czasu zamów do domu, albo wyjdź z całą rodziną. My tak robimy w każdą niedzielę. Bądź dla siebie dobra, jak dla najlepszej przyjaciółki:)

Jak poznać, czy to depresja, czy gorsze samopoczucie, kiedy powinnyśmy szukać pomocy u specjalisty?

Gorsze samopoczucie zdarza się czasami. Depresja jest o wiele bardziej chroniczna i ma bardziej drastyczne objawy. Przewlekłe, gorsze samopoczucie może prowadzić do depresji. Tak naprawdę im wcześniej zgłosisz się do specjalisty, tym lepiej. Być może wystarczy wtedy kilka wizyt, może krótka terapia. Jeśli będziesz udawała przed samą sobą i całym światem, że wszystko jest ok, to możesz się doprowadzić się do bardzo ciężkiego stanu. W tym stanie całkowicie tracisz siebie, a życie zaczyna boleć tak bardzo, że marzysz by się skończyło jak najszybciej. Jedyne co cię powstrzymuje, to poczucie obowiązku w stosunku do dzieci. To jest moment, z którego bez pomocy ciężko się wydostać. Zachęcam do korzystania z konsultacji z psychologiem lub psychoterapeutą za każdym razem kiedy coś cię niepokoi, kiedy czujesz, że sobie z czymś nie radzisz. Nie udawaj, że wszystko jest ok. Jeśli czujesz, że nie jest, szukaj pomocy. Czytaj, słuchaj audiobooków i szukaj odpowiedzi. Idź na weekendowe warsztaty, na wykład motywacyjny. Spotkasz tam wiele osób, które czują to samo, które przechodzą przez podobne problemy. Zobaczysz, że nie jesteś sama, nawiążesz nowe znajomości, a może nawet przyjaźnie. Poszerzysz swoje horyzonty, nauczysz się technik radzenia sobie ze stresem zanim zwykły smutek stanie się wredną depresją.

dziękuję za rozmowę.

foto: Iwona Karolak

 Opowiedz nam swoją historię!

Jeśli sama pokonałaś depresję, właśnie staczasz z nią walkę lub po prostu chcesz podzielić się swoimi radami z innymi Mamami, napisz do nas!

Najciekawszą historię nagrodzimy książką!

Na Wasze maile czekamy pod adresem:

konkurs@mamy-mamom.pl, koniecznie z dopiskiem „Depresjologia” 

 

0
2254
1

Subscribe to our newsletter

autoresponder system powered by FreshMail